Witajcie moi kochani!
Dzisiaj mam dla was cos nowego. Zobaczycie jak umalowałam się,
co ubrałam i gdzie byłam z okazji trzech miesięcy z moim kochanym. Myślę, że fajnie,
co jakiś czas będzie wam pokazać jak wyglądam, na co dzień, jak się maluje i co
robię. Także zapraszam na pierwsze na moim blogu get ready with me!
Twarz i makijaż oczu
Pierwszym krokiem
oczywiście jest nawilżenie twarzy. Ja przed makijażem nakładam krem nawilżający
z algami filmy Bandi i oczyszczam twarz tonikiem Breath of Freash Air z Lusha. Latem
rezygnuje z podkładu wiec najpierw nakładam na większa cześć twarzy korektor
Maybelline Anti-Age w kolorze light, który mimo to jest dla mnie za ciemny i za
żółty, ale w połączeniu z moim ulubionym Astor Perfect Stay concealer w kolorze
ivory, który idealnie przypomina kolor mojej skory (pierwsze zdjęcie).
Następnie nakładam
ulubieńca wszechczasów, czyli bronzer do konturowania – Inglot 505 – który ma
subtelny jasny kolor i daje zupełnie innego wyglądu naszej twarzy. Żeby nadać skórze
trochę blasku nakładam produkty rozświetlające. Produkt, który odbija światło i
zawiera drobno zmielone drobinki jest róż z Maxfactor Creme Puff Brush oraz niezastąpiony
rozświetlacz z The Balm, czyli Mary – Lou drugie zdjęcie – po roztarciu
korektora, nałożeniu bronzera oraz różu).
Jeśli chodzi o
makijaż oczu postawiłam na róż w połączeniu ze złotem i lekkim brązem. Jak widzicie
na zdjęciu trzecim miałam wyraźną kreskę. Kolor z Inglota, 356 czyli jasny róż powędrował
na całą powiekę. Do złamania powędrowała ciutka pomarańczu, czyli nowość w
mojej kosmetyczce 361 oraz brudny jasny brąz numer 383. Dla dodatkowego efektu
użyłam klasyka z Kobo, czyli 205 Rose Golden. Powędrował na dolna powiekę i na środek
górnej. Kreskę zrobiłam eyelinerem w pisaku z H&M.
Włosy
To rzecz banalna, zawsze, gdy chce im dodać jakiegoś kształtu
i objętości podkręcam je na prostownice i spsikuje lekko lakierem. Ostatnio używam
lakieru z firmy Cien dostępnej w Lidlu. Jest naprawdę bardzo dobry!
Strój dnia!
Wszystko macie opisane u góry ;)
Jedzenie
Jeśli chodzi o jedzenie poszliśmy do chyba najbardziej
znanej meksykańskiej restauracji w Trójmieście. Pueblo! Słuchajcie! Jestem zachwycona!
Jedzenie pierwszorzędne. Idealne połączenie smaków i niebo w gębie. Nie pytajcie,
co zamówiłam. Niestety nie znam hiszpańskiego a moja pamięć do skomplikowanych nazw
jest ulotna. Miejsce jest utrzymane w klimacie meksykańskim, żywe kolory i
muzyka również utrzymana w meksykańskich, żywych rytmach. Przy stoliku czekały na nas Nachosy z salsą. Obsługa
bardzo miła. Menu czytelne, każde danie dokładnie opisane. Po zamówieniu czekaliśmy
na jedzenie piec minut nie więcej. Ceny, co prawda są dość wysokie, ale porcje
bardzo duże. Ja ledwo wciągnęłam jedno danie. Za dwa dania główne plus napoje zapłaciliśmy
nieco ponad 80 zł. Dość sporo. Jednak myślę ze raz na ruski rok można odwiedzić
takie klimatyczne miejsce. Jestem bardzo zadowolona.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz